piątek, 11 października 2013

WIELKA Bretania

Uczestnicy: Ela, Skrzynia, Dejw, gosia
Trasa: Warszawa/Zapceń-Bydogszcz-Bretonia
Termin:

Cel: zobaczyć takś górę co to ją Ela wypatrzyła na zdjęciu w internecie (co nie znaczy jeszcze,że istnieje;)

Słowo wstępu

Ponieważ zbyt długie siedzenie w domu wpływa destrukcyjnie na nas (a na pewno na mnie) i grozi "zasiedzeniem się" od czego już tylko jeden mały krok do "zdziedzienia" (dobrze to odmieniłam Karola?) dlatego wzięliśmy się i ruszyliśmy do Bretanii. Padło na Bretanię ponieważ przypadkiem natknęłam się w internecie na zdjęcie Mon Saint Michelle i stwierdziłam, że to jest właśnie to, co chcę zobaczyć w te wakacje! Trzeba było jeszcze wykonać kilka telefonów do członków klubu "Spełniamy marzenia Eli" i poinformować ich, że jest już nowe marzenie do spełnienia :) I tak to mniej więcej wyglądały początki naszej wyprawy...

Szanowne grono uczestników na zdjęciu poniżej:


Wszystkich zainteresowanych przebiegiem naszej wycieczki życzę miłego czytania i oglądania :)

Jak to było z zebraniem się do kupy...
Żeby ruszyć trzeba się najpierw zebrać do kupy (tak naprawdę to tylko ja byłam poza całą kupą), a żeby się zebrać trzeba ustalić miejsce... Jakoś tak wyszło, że padło na Bydgoszcz i na Adiego. Podczas gdy główna ekipa walczyła z warszawskimi korkami ja jechałam sobie powolutku moim czerwonym autkiem w stronę Bydgoszczy. Na miejsce dojechałam pierwsza, więc miałam czas na spokojne wypicie kawy i ogarnięcie wszystkich nowości (wiedzieliście, że Adi jest tatą ?!?)
Dojechali i Warszawiacy. Jeszcze jakaś kawa i pobieżne plotki i zeszliśmy dopakować moje bagaże. Jak można się domyślać byliśmy przeładowani... ale za to bardzo przytulnie zrobiło się w samochodzie :)
Około 23 wyruszyliśmy w drogę!

Dzień pierwszy - sobota
Jechaliśmy, jeechaaliiśmyy, jeeechaaaliiiśmyyy, jeeeechaaaaliiiiśmyyyy....
Tłukliśmy te kilometry jeden po drugim. Nasza trasa wyglądała mniej więcej tak:


Na koniec miał być nocleg nad Sekwaną i był! Bo ja naprawdę wierzę, że gdzieś tam w pobliżu, tuż za rogiem, była ta Sekwana i tylko z nas takie gapy, że nie mogliśmy jej znaleźć... Zresztą nie wiem jak reszta wycieczki, ale ja wyraźnie czułam tę sekwańską bryzę (a może to były kupy naszych krów-sąsiadek?) Nieważne... najważniejsze, że po długich poszukiwaniach znaleźliśmy kawałek płaskiego, nieogrodzonego terenu i mogliśmy iść spać. Zresztą sami zobaczcie, że wcale nie było aż tak źle:
my:
 
  i nasi sąsiedzi:
                                                                  

Dzień drugi- niedziela
Podczas porannej debaty ustalono jednogłośnie, że czas najwyższy rozpocząć zwiedzanie!
Jak postanowiono, tak też zrobiono!
Śniadanie, pakowanie i dalej w drogę!
Najpierw pojechaliśmy do
Na mapie nasz dzień wygląda mniej więcej tak:

niedziela, 1 września 2013

taterowo

Uczestnicy: Julka, Magda, Justyna, Marysia, gosia
Trasa: Tatranska Javorina - Zelene Pleso - Zbojnicka Chata - Lysa Polana
Termin: 15-17.08.13
Cel: test wytrzymałości materiału


"...ale czy ja dam rade?"
"spokojnie, zobaczysz będzie pięknie!"
"Spokojnie" czy raczej kolokwialne "spoko" to była odpowiedź na większość pytań na temat naszej wyprawy o rosnącym stężeniu wraz ze zbliżającym się terminem wyjazdu. Chociaż realnie tak "spoko" to nie do końca wiedziałam czy będzie - teraz to mogę powiedzieć. Tak na prawdę to miałam trochę stresa jak to wyjdzie, bo jako jedyna znałam tą trasę sprzed pewnie 5 lat i pamiętałam ją jako "zlekka" męczącą. Jednak śmiało dziś mogę powiedzieć że moje obawy okazały się niepotrzebne. "My nie damy rady?!"



Ale zacznijmy od początku...

Zbliża się długi weekend sierpniowy, kijowy termin żeby wyjeżdżać gdziekolwiek, bo cała Polska od morza aż do tatr zapenia się wtedy turystami. Jednak wolne jest, szkoda w mieści siedzieć, a o wyprawie w tatry na kilka dni rozmawiałyśmy przecież już od dawna. Padł więc pomysł, żeby jechać na Słowację- hej! Ale najpierw do Zakopca, gdzie ludzi jak mrówek, a każdy zmotoryzowany wiec korki tragedia. Udało nam się jakoś na szczęście wypakować z zatłoczonego busa i oto jesteśmy na szlaku - kierunek schronisko przy zielonym plesie. Ruszyłyśmy z kopyta - piątka dziarskich (a nawet "cipurnych" jak rzekł pan słowak w schronisku) kobitek z wielkimi plecakami, musimy wyglądać ciekawie bo ludzi nas na szlaku zaczepiają i robią nam zdjęcia. Julka lansuje się muchowymi okularami i romansuje z Magdą, Magda ma śpiwór na zewnątrz plecaka i do tego nie zabrała aparatu, ale ratuje się zabraniem winiacza, Marysia unika zdjęć i próbuje się pogodzić z faktem przepłacenia za krem do opalania, Justyna chowa się po krzakach i robi milion zdjęć na minute, a mnie na pierwszej prostej obcierają buty. Czyli jest pięknie;). W schronisku przy zielonym plesie (na prawde jest zielone!) dostajemy piekne miesjce na strychu i idziemy na wycieczke połączoną z degustacją Magdowego wina (dalej nie wiem jak ona sie zdołała spakować do takiego małego plecaka i jeszcze tachać szklana butelczynę;).

A następnego dnia pobudka o 6.30 żeby na spokojnie zdązyć z długą trasa. Dzień zaczynamy od sporego podejścia na Vielką Svistowke, a widok po drodze niesamowity. Ze szczytu oglądamy panoramkę słowacji i uwieczniamy dzielną ekipię takim pięknym zdjęciem o:



Po przejściu Svistowki niestety czeka nas droga mocno w dół i to z toną turystów, którzy na luzaka wyjechali kolejką na łomnicę. Bieg z przeszkodami czas zacząć - trochę jak na autostradzie, z tym że trzeba jeszcze uważać żeby się nie poślizgnąć. W koncu jednak wchodzimy do Vielkiej Studenej Doliny (co jak sama nazwa wskazuje oznacza dolinę staroleśną:P) gdzie można odetchnąć trochę od tłumów. Czeka nas jednak jeszcze spory szmat drogi o przejscia, na szczęscie teraz już pod górę. Po drodze spotykamy biednego pana tragarza.

Nosicz (słow. nosič) – tatrzański tragarz charakterystyczny dla słowackiej części Tatr. Nosicz to osoba, która dostarcza do schronisk górskich wszystko, co jest potrzebne do funkcjonowania tych schronisk np. paliwo, wodę, jedzenie. Ich ładunki ważą ok. 60–80 kg, zarówno w lecie, jak i zimie. W drodze powrotnej natomiast tragarze znoszą w dół śmieci ze schronisk.
Schroniska słowackie cechuje to, że są one położone w wysokich partiach gór, teren jest tam trudno dostępny dla jakichkolwiek pojazdów, cała zaopatrzenie wnoszą wiec wspomniani tragarze.(z wikipedii)




Tym razem czeka nas nocleg w Zbójnickiej chacie.  W schronisku tłumy, załapujemy się więcej na przytulny kawałek podłogi pod stołami. A wieczorem Magda z Marysią nawiązują międzynarodowe znajomości z sąsiadami zza południowej granicy, podczas gdy reszta dokształca się literaturowo lub po prostu stara się nie zasnąć na stole. To był długi dzień, lecz ten najcięższy tak na prawdę przed nami. 

Swoją drogą w takich górkach czuje się pełno sprzeczności. Z jednej strony idziesz pod górę, męczysz sie, pocisz i sapiesz, a potem gdy trzeba schodzić stwierdasz, że jednak łatwiej się podchodzi pod górę. Niby idziemy w grupie, ale tak na prawdę to większość czasu nie ma siły na rozmowy i itak idziesz zagłębiony we własnych myślach. Niby złazisz z takich gór ledwo żywy z odciskami na nogach i ramionach, ale już myślisz o kolejnej wyprawie...

Trzeci dzień - idziemy na Prielom i dolinę białek wody. Humory dopisują, nie spieszymy się specjalnie z wymarszem więc schronisko juz prawie bezludne gdy wyruszamy. Mijamy parkę która próbuje sfocić świstaka (potem będziemy się jeszcze mijać kilka razy), grupkę starszych Polaków i trójkę (chyba) Węgrów. Widoki wokół trochę jak wycieczka na Marsa - wszędzie tylko kamienie i skały. Podejście na Prielom to fajna zabawa dla tych co lubią się wspinać, bo trochę faktycznie trzeba się tam namocować i namachać rękami, choć z tego co pamiętam najlepsze jeszcze przed nami. Wyłazimy wreszcie na górę, żeby stwierdzić że dalsza droga wita nas łańcuchami lub drabinką. Staram się nie patrzeć w dół i mam nadzieje ze uda się to jakoś szybko załatwić. Ale jesteśmy twarde, w końcu nie takie rzeczy...;)


Potem robimy sobie jeszcze krótki wypad na polski grzebień i piknik z plażingiem nad Litvorowym plesem, po nerwowym wspinaniu życie znowu jest piękne;). I zaczynamy mozolną i strasznie długą drogę w dół do samej łysej polany. Zmęczone, ale dumne kończymy przygodę taterkową. Dziękuję wszystkim za piękną wyprawę :D
 I chyba dobrze Madzik to podsumowała cytatem:
"Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował, tego czego nie zrobiłeś niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślny wiatr. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj." Mark Twain 










niedziela, 2 czerwca 2013

podgorki z widokiem na tatery:) czyli Spisz i Podhale

Uczestnicy: Julka, Magda, Justyna, gosia
Trasa: Nowy Targ - Krempachy - Bukowina Tatrzańska - Małe Ciche
Termin: 17-19.05.13
Cel: sprawdzić co w trawie (i krzakach;) piszczy

Bez zbędnych wnikań w szczególy odległość z torunia do nowego targu wynosi jakies 460km, z Poznania 448km, podczas gdy z warszawy jedynie ~360km (co przy średniej prędkości chodu 5km/h daje przewagę 72h do 92 i 89). Fakt nadrobienia ok 20h przy uwzględnieniu prędkości poruszania się pociągów na różnych torach i oczywista obserwację nastania wiosny sprawiają że coraz to chętniej wracam do bardziej górzystych stron rodzinnych (osobista uwaga autora, nie związana z wycieczką;).

A plan był taki: uciekamy wieczorem w czwartek z Justyną z pracy, żeby już w piątek rano móc ruszyć dalej na południe. Na zachodnim jeszcze kupiłyśmy najdroższą herbatę świata i stare cosmo coby mieć jakąś ambitną lekturę na podróż i coż rzec w tym względzie jak zwykle nas nie zawiodło (tak, tak nieocenione są wszak rady cosmo jak np. przetrwać w pracy po imprezie czy też co robić gdy jesteś sama w domu). 





Nie miałyśmy zbyt dużo planów trasowych (poza pomysłem wyrwania się z warszawy i łażenia z cieżkim plecakiem pod górę, co osobiście zawsze będę uważać za lekki objaw masichizmu), więc w tej kwestii zdałyśmy się na Madzię, z którą udało nam się złapać w nowotarskiej galerii o lekko narkotycznej nazwie "buy and fly". No to w droge heja nie ma co w city siedzieć, szybkie zakupy w biedrze i flaj na szlak. noo w sumie z tym szlakiem to tak troche przesadziłam bo tak serio to Madzik jest na etapie że szlaki są dla mięczaków wiec w sumie bardziej naszą trasę obrazowałoby stwierdzenie, że im mniej drogi tym lepiej:P)( muszę przyznać że było mi wszystko jedno gdyż chodzenie ogólnie sprawiało mi trudności spowodowane mega zakwasami po środowym paintballu, czego oczywiście drogie towarzyszki nie omieszkały niezauważyć, a omieszkały wykpić:P (kolejna osobista uwaga autora). Dzień był szarawy i czasami padało, szłyśmy sobie z nowego targu wzdłuż rzeki które nazwy na bank sobie nie przypomne, a potem przez pola i krzaki i strumyczki czyli generalnie fajnie. Ladne miejsce po drodze - przełom Białki. Wieczorkiem dotarłyśmy do Krempachów (hmm o ile sie tak to wymawia;) gdzie dojechała do nas Julka dzielnie zaraz po pracy. wieczorkiem rozpalilysmy ognicho nad rzeką.




Spisz (łac. Scepusium, słow. Spiš, niem. Zips, węg. Szepes) – region historyczny. Region ten leży w Centralnych i WewnętrznychKarpatach Zachodnich, w dorzeczu górnego Popradu, górnego Hornádu oraz w części dorzecza Dunajca (na wschód od Białki). (wg wiki)


A jako terez przygraniczny, który często zmieniał właścicieli wciąż ludność jest tu wymieszana. W wioskach które mijałyśmy po drodze często jeszcze msze św są w dwóch językach - polskim i słowackim. 

Dzień drugi to już dłuższe chodzenie, najpierw przy Frydmanie z widokiem na zalew w czersztynie, potem troche bardziej na poludnie. Dzień był przecudny więc też i szło się przyjemnie. po drodze rozkminiałyśmy istotne sprawy społeczne, kulturowe i psychofizyczne (nie, Hobbici nie mogli tak biec caly czas przez trzy tomy ksiazki!). Przed nami roztaczał sie widok na tatry, po drodze spotkalysmy lisa i doksztalcalysmy sie z historii przydroznych kapiczek. a no i jeszcze ogladalysmy łowieczki i krowki i farme danieli hej! dobiłyśmy do bukiwiny troche wyczerpane i mocno radosne z możliwości zdjęcia plecakow. Magda nas opuścila bo dzieci w domu płaczą (znaczy kunie) wiec na wieczorna pizze skoczyłysmy juz same. 

W niedziele miałyśmy wycieczkę po nieszlakach i niedogach znaczy głównie krzunami i musze przyznac ze to bylo fajne:D. trasa miala byc na tyle krotka zeby udalo sie jeszcze wrocic tym co musieli do warszawy. miejscami troche nam sie droga konczyla a troche zawodzila orientacja ale w ogolnym ksztalcie calkiem udalo nam sie trafic. z malego cichego bus do zakopca i coz niestey niechybny koniec wycieczki. 

Dzieki, bylo strasznie fajnie:D. 

środa, 10 kwietnia 2013

O tym dlaczego warto sprawdzać godziny otwarcia lotniska


Uczestnicy: Dejw, Skrzynka
Miejsce: Oslo ± 200 km (Norwegia)
Termin: 2-3.06.12
Cel: Oslo w dobę + test stopa w Norwegii

Czas wprowadzić trochę chaosu w chronologię tego bloga. Sa sa sa


Jakiś czas temu od jednego z portali zbierających oferty tanich linii lotniczych (bodajże fly4free, polecam!)  dostałam wiadomość, że bilet na trasie Katowice-Oslo kosztuje 4 zł. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji. Co prawda w każdej super ofercie kryje się mały haczyk, a mianowicie cena taka jest tylko dla członków klubu zniżkowego posiadających specjalna kartę płatniczą. Ale od czego są chętni do pomocy ludzie w internecie, którzy oferują się, że kupią takowy bilet dla mnie. Muszą jednak kupić też bilet dla siebie, więc niestety musimy dopłacić jeszcze te 8 zł za dodatkową osobę i tak koszt naszego wyjazdu wzrasta do niebagatelnych 12 zł za lot w obie strony.

Plan podróży był prosty: a)dojechać do Katowic, (b) polecieć do Oslo Sandefjord Torp,  (c) dostopować do oddalonego o 118km od centrum Oslo i je zwiedzić (d) wrócić, spać na lotnisku i odlecieć.

Bez większych problemów (np. Dejwem chcącym wnieść na pokład ze 2 scyzoryki i podręczny zestaw kluczy, bynajmniej nie do mieszkania) dotarliśmy do Norwegii i nadszedł czas na wyruszenie do stolycy. Wjazd na ekspresówkę w okolicach lotniska nie jest zbyta często uczęszczany ale po ok godzinie jedziemy w pożądanym kierunku i potem na jeszcze 2 innymi samochodami dojeżdżamy do Oslo.

Na pierwszy rzut oka nie wygląda ono na najpiękniejsze miasto na świecie, ale może dlatego że wysiedliśmy w jakiejś handlowo-biurowej części miasta. Później trafiliśmy do, a nawet na operę!


Stamtąd ruszyliśmy w kierunku centrum i zamku królewskiego. Samo centrum było całkiem ładne bardzo podobne do Göteborga (zwanego także Źietebori). Na trawniku przed zamkiem królewskim była chwilka na drzemkę w słońcu po wielkimi drzewami, które na pewno sam król zasadzić kazał. 

Spod zamku przez ogród i przez pełną pięknych kamienic dzielnicę Uranienborg dotarliśmy do parku Vigelanda. Jak mówi wikipedia: park jest dziełem norweskiego rzeźbiarza Gustava Vigelanda i jego pracowników. Składa się z 212 rzeźb z kamienia i brązu przedstawiających łącznie prawie 600 nagich postaci. Nie wiem czy to prawda ale rzeźb jest tam faktycznie od cholery i ciut ciut. W samym centrum stoi Monolitten (Monolit) – gigantyczna kamienna kolumna uformowana z sylwetek 121 ludzi. Ale co trzeba im tym rzeźbom oczywiście a nie Norwegom, a przynajmniej o Norwegach nic mi nie wiadomo) przyznać zawsze były skore do zabawy, można było z nimi zrobić kanapkę albo pojeździć wierzchem;)






Wychodząc z parku Vigelanda stwierdziliśmy, że nie chce się nam iść już do starego miasta zwłaszcza, że jesteśmy tak blisko wylotówki. Postanowiliśmy więc wrócić na lotnisko przez Sandefjord, które okazało się małym spokojnym nadmorskim miasteczkiem z wielką fontanną wielorybników. Z Sandefjord piechotą (bo się okazało że nie ma darmowego transportu na lotnisko) dotarliśmy do hali odlotów. 

Tutaj opowieść powinna brzmieć: położyliśmy się na ławeczkach na lotnisku, rano wstaliśmy i poszliśmy od razu na odprawę. Tak przynajmniej było w planach. W rzeczywistości jednak około godziny 1 w nocy przyszedł pewien pan i powiedział że lotnisko jest już zamknięte i mamy sobie iść. Nie byliśmy jedynymi którzy tam spali. Nie wiem co zrobiła reszta, my natomiast ruszyliśmy w pobliski (tuż za parkingiem) las, gdzie na dróżce pod jakimiś gałęziami rozłożyliśmy koc ratunkowy (ten srebrno-złoty), na niej położyliśmy plecaki i siebie na nich. przykryliśmy się jedynym śpiworem i zdrzemnęliśmy się chwilkę do 5 bo wtedy już lotnisko miało być otwarte. Gdyby nie zimno i wilgoć to nawet całkiem spoko by się tam spało. Wróciliśmy więc o 5 dospać się w cieple terminala gdzie o 7 się odprawiliśmy i polecieliśmy do Katowic.

Tak na koniec w 2 słowach Oslo to całkiem miła, spokojna (nie czuć wcale że)stolica, którą da się obejść na piechotę w weekend na spokojnie :) Tym bardziej polecam, że wciąż są tanie bilety :)


wtorek, 9 kwietnia 2013

plażing, smażing i czasami też zjeżdżazing;)


Uczesnicy: Julia, Magda, gosia, Antek
Miejsce: Risoul (Francja)
Termin: 22-31.03.2013
Cel: jak w tytule;)

Wiem, wiem, ileż można wspominać jeden wyjazd. Ale cóż, zdecydowałam się trochę upamiętnić sławetny wyjazd narciarski (+ parapetowy;) w alpy.


a zaczynając od początku:
1. siedzimy już sobie w autokarze, gdy nagle puff zepsuło się cośtam pod kołem i kolejne dwie godziny spędziliśmy w sklepie i na stacji.

2. narciarski dzień pierwszy - trafiła nam się niesamowita śnieżyca (no i gdzie te wymarzone widoczki:(), także w kopnym śniegu i trochę po omacku próbujemy się nie zgubić ale też trochę pojeździć.
(jak to określił gość co robił nam tę fotę - zdjęcie ze słonecznych wakacji;)

Za to następnego dnia już aura mocno się zmieniła;)


3. plan dnia - jeżdzenie do popołudnia (ojj bolą nogi), szybki obiadek, wycieczka na basen i jacuzzi, zumba, koncert wieczorny na którym rozdają darmowe burny.


4. warsztaty barmańskie - wnioski - im więcej lodu tym lepiej i wódka o smaku maliny z pieprzem (czy coś takiego) wcale nie jest fajna:P

5. oczywiscie nie nalezy zapomnieć o plażingu, czyli paradowanie w bikini na ponad 2tys;)


A ponieważ pamięć mam krótką to postanowiłam dodać  kilka słów z którymi uczestnikom kojarzy się ta wyprawa po powrocie:

Julia (Dżulson) - tak naprawdę Żulson - dopisek redakcji 

lama, Dżoana, le jacuzzi, Grubson, narty!

Magda (Lamson):
lama snieg smiech gory zumba dzoana

Antek (Antonio)
dzoana (ona bołt), słońce, widoki 

gosia (grubson)
śnieeeg:), plażing, nartki, zumba, lama;)



a więc zacznijmy wyjaśniać:
lama = powszechnie - ssak parzystokopytny z rodziny wielbłądowatych; lokalnie = charakterystyczne  ułożenie palców które nie wiadomo czemu wszystkich śmieszy, ale śmieszy;)
Dżona = koleżanka z autokaru, która jest "on a boat" i umilała nam drogę opowieściami o swoim mężczyźnie, który jak powszechnie wiadomo jest super bo ma więcej zalet niż wad
zumba, jacuzzi - powszechne formy spędzania czasu ponarciarskiego:D
Grubson = ulubiony DJ Magdy, który słynie z ważnych 3 piesni


The End z naciskiem na replay w przyszłym roku:)



poniedziałek, 18 marca 2013

trochę nie po kolei, ale chociaż bardziej aktualnie...

... czyli wieczór panieński w Kopenhadze

Uczestnicy: Skrzynka, Ela, gosia
Trasa: Warszawa-Malmo-Kopenhaga
Termin: 15-17.03.2013
Cel: przeprowadzenie testów sprawnościowych przez przyszłą żoną oraz kupno herbaty jaśminowej earl grey

    Kawa na lotniskach zawsze jest nieziemsko droga (nieziemsko, bo w tej cenie też można by już pewnie dostać ambrozję), ale czekanie na samolot mocno nuży. Zapewne dlatego z braku dostępu do innych boskich napojów, Ela zdecydowała się na ten wydatek. Nie będę ukrywać, że ku mojej i Skrzyni uciesze, bo już sam zapach choć trochę podnosił zmęczone powieki. A trzeba było się sprężyć, albowiem czekało na nas niełatwe zadanie - nim dobijemy do celu musi powstać scenariusz dzisiejszego wieczoru (uprzedzam pytanie - nie, nie można było tego wymyślić wcześniej;). Jednak na razie siedzimy w cieple i rozkoszujemy się Elowym trunkiem, wszak jeszcze czasu mamy, a czasu. I tak z tej zadumy wyrywa nas wezwanie ostatnich pasażerów na pokład naszego samolotu. Wiec dawaj rura przez lotnisko. Oczywiście nasze wejście jest na drugim końcu świata, wiec z wizją przegapienia lotu urządzamy sobie biegi kondycyjne. Udało się!

   Lot miął nam szybko, bo pracowicie. Powstał profesjonalny plan działania oraz ew wersje zastępcze na tysiące nieprzewidzianych sytuacji (dzieło w hołdzie muzie kontrolowanej improwizacji). Ledwo sie spostrzegłyśmy a tu już pan kapitan wita nas na lotnisku w Szwecji. I tą miłą informacją lotnik przeraził biedną Elżbietę, bo nie wiedziała co się stało że miast w Danii nagle lądujemy w innym kraju.Udało się na szczęście szybko rozwiać jej strasznie wizje uprowadzenia samolotu czy ataku terrorystycznego. Wszystko się zgadzało, byłyśmy w Malmo, teraz tylko musimy przeskoczyć most (zwany także dumą duńskich inżynierów) i danio nadchodzimy! Na ciapąg przez most podwiózł nas serb co mowił całkiem nieźle po polsku bo miał szklarnie, gdzie ponoć pracują sami nasi rodacy. I już z pociągu mogłyśmy się rozkoszować urokiem obiecanych duńskich cieśnin oraz dywagować nad hipotetyczną genezą kopenhaskiej syrenki.
Skrzynia nasz główny organizator i nawigator sprawnie poprowadziła nas dalej.

Mała syrenka (duń. Den lille Havfrue) – baśń Hansa Christiana Andersena o syrenie, która zakochała się w człowieku, który był księciem.  (z wikipedii)
To prawie tak jak z nasza Justysią, co sie zakochała w Jakubie, który został jej księciem. I stad całe to zamieszanie z jakimiś panieńskimi, no ale wszak tradycja nakazuje...

...ciąg dalszy nastąpi;)

no dobra troche o trwało bo dużo się dzialo w miedzyczasie (min. Skrzynka zdołała zapoznać się z dziełem Mała syrenka - prawdziwa historia bez happy endu;) oraz byla moja wycieczka narciarska i świeta)
wiec do rzeczy

Dzien 2 - zwiedzanie dunskiej stolycy- dostałyśmy o Kuby rowerki (jak to na kraj skansynawski przystało) i heja zwiedzamy ( to ze wialo i bylo zimno to tylko pogloski;). w skrócie co widziałyśmy w tym pieknym mieście:
- tysiące pałaców królewskich (na wszystkie pory roku i okazje;)
- port z pieknymi kamieniczkami (Skrzynia ta panoramka jest super!)
- okrągła wieża, targ ze skręconą wierzą, biblioteka a`la hogward
- kilka kościółków i muzeum narodowe gdzie mozna się ogrzać
- mała (naprawde małą!) syrenke nad wodą; sklepy lego i pomnik Andersena któremu Skrzynia próbowała usiąść na kolanach)



no tak i wieczorem jak juz udalo sie wrocic prubowałysmy ograc Kube w osadnikow z catanu (z marnym skutkiem, ale on na pewno cwiczy sobie wieczorami;)

Dzien 3 czyli dokanczamy zwiedzanie co jeszcze nie zostalo zwiedzone i zwiedzamy darmowe muzeum z wystawa domkow dla lalek i historia danii.
A potem spokojnie idziemy sobie na druga na przystanek zeby dojechac do lotniska (tego znow w innym kraju).spokojnie bo wszak samolot mamy dopiero o 16.30, zdażymy bez problemu. Hmmmm no tak 14.10 a tu nic nie jedzie - okazało się ze kurs tego autobusu zaczyna się dopiero za dwa tygodnie. No wiec znów długa wieczorek kondycyjny na pociąg przez most do malmo i stamtad na szybko lap autobus na lotniosko. troche na w biegu ale sie udało dopasc do samolotu:)

Dzieki wielkie Kubie i Justysi za przechowanie nas i opieke nad zabłąkanymi:D
a wspoluczestniczkom za kolejny cudowny wyjazd:D



Ale... dziewczyny.... jak mogłyście?!?!?
A gdzie relacja z naszej misji???
No chyba, że wydarzenia tamtego pamiętnego wieczoru są owiane tajemną tajemnicą, i że śmiałek, który odważy się uchylić chociaż rąbka tajemnicy zostanie ścięty w trybie natychmiastowym. Zaryzykuję jednak, może nikt nie zechce skracać mnie o głowę za to, że opisałam przebieg wieczoru panieńskiego Justysi :)

Więc to było tak: Po dotarciu do Justysi i do Kuby, po odsapnięciu, najedzeniu, napojeniu i przekazaniu najciekawszych plotek, przystąpiłyśmy do realizacji Wieczoru Panieńskiego Justysi. Podział obowiązków był następujący:
 - Justysia - przyszła panna młoda, która dzielnie przystąpiła do "Testu na żonę"
 - Kuba - jaki Kuba??? przecież na wieczorze panieńskim nie ma żadnych facetów...
 - Marta - producent dowodów rzeczowych
 - Gocha - pomysłodawca, wodzirej i realizator atrakcji owego wieczoru
 - ja - oficjalnie: prawa ręka Gosi - w praktyce jednak zdecydowanie lepiej wychodziło mi demolowanie mieszkania

Zadania nie były ani trudne, ani zbyt wymyślne, ale z pewnością były praktyczne, a w dzisiejszych czasach to bardzo ważne aby w sposób konstruktywny spędzać swój wolny czas, zwłaszcza jeśli jest to czas natóżprzedślubem.
Dlatego pierwsze zadanie Justysi polegało na wykonaniu, z przedmiotów znajdujących się w mieszkaniu, trzech atrybutów panny młodej: welonu, bukietu ślubnego i podwiązki. Oczywiście czas był ograniczony, ale nie sprawiło to jej większego problemu bo po upływie wyznaczonego czasu stanęła przed nami Justysia w welonie, z bukietem w ręku i podwiązką na nodze :)
Drugie zadanie polegało na przewinięciu rozpłakanego i rozwrzeszczanego nieujarzmionego dzieciaka, oczywiście z zawiązanymi oczyma (o ruchliwość rekwizytu zadbała Gosia). To zadanie także okazało się słabe, bo i tym razem Justysia poradziła sobie bez większych problemów...
Ale jak doszło do opowiada bajek to okazało się, że to już nie jest taka prosta sprawa. Trzecim zadaniem Justyny było dokończenie bajki zaczynającej się następująco: "Dawno, dawno temu, gdzieś w damskiej torebce, natknął się młotek na pomadkę..." Niestety w tym wypadku Justysia nie puściła wodzy fantazji i bardzo szybciutko, maksymalnie w półtora zdania, zakończyła tą historię... No ale tak trochę po znajomości dostała 3 i tym samym zaliczyła zadnie.
Najgorsze jednak jeszcze ją czekało.... Czwarte zadanie wymagało od uczestników ubrania się i wyjścia na zewnątrz ponieważ do Justysi przyjechała z niezapowiedziana wizytą teściowa.... W lodówce pustki, więc chcąc niechcąc trzeba było wyjść po zakupy, a w okolicy już wszystkie sklepy pozamykane i tylko stacja benzynowa otwarta.... Jeżeli powyższy opis czwartego zadania jest trochę mało zrozumiany to wyjaśniam, że polegało ono na przygotowaniu kolacji dla nadciągającej teściowej wyłącznie z produktów dostępnych na stacji. Takie "naloty" mają chyba miejsce w codziennym życiu Duńczyków, bo stacja była zaopatrzona także na takie ewentualności i Justysia bez większych problemów przyrządziła teściowej wystawną kolację z produktów dostępnych wyłącznie na stacji benzynowe... Można? Można! :)
Na koniec zostawiłyśmy takie relaksacyjne zadnie. Polegało ono na tym, że Justyna dostała do ręki aparat i miała uwiecznić wszelkie duńskie miejsca, znaki, symbole, które kojarzą się  jej miłością do Kuby, żeby po latach, oglądając z pozoru nic nieznaczące zdjęcia mogła sobie przypomnieć początki ich pięknej miłości :)

Po tym zadaniu komisja ogłosiła, że było to ostatnie zadanie jakie zostało przygotowane na ten wieczór i udała się na naradę. Werdykt nie był dla nikogo zaskoczeniem, bo Justysia została dopuszczona do zamążpójścia. W sumie to nie wiem po co te wszystkie zadania, bo dla mnie to od razu, bez żadnych testów było widać, że dziewczyna jak najbardziej jest przygotowana na bycie żoną, synową, szwagierką i kim tam jeszcze trzeba, ale przynajmniej było zabawnie :)



Ku pamieci, mieci ku...;)

A moze by tak jednak od czasu do czasu pozostawic troche bylej terazniejszosci, a bliskiej przeszlosci dla odleglej przyszlosci?

Wiem, że to nie to samo co pisany w przerwie w podrozy, zalany deszczem dzienniczek podróży, ale wszak podobno internet chociaż ma być wieczny.

Spróbujemy?