środa, 10 kwietnia 2013

O tym dlaczego warto sprawdzać godziny otwarcia lotniska


Uczestnicy: Dejw, Skrzynka
Miejsce: Oslo ± 200 km (Norwegia)
Termin: 2-3.06.12
Cel: Oslo w dobę + test stopa w Norwegii

Czas wprowadzić trochę chaosu w chronologię tego bloga. Sa sa sa


Jakiś czas temu od jednego z portali zbierających oferty tanich linii lotniczych (bodajże fly4free, polecam!)  dostałam wiadomość, że bilet na trasie Katowice-Oslo kosztuje 4 zł. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji. Co prawda w każdej super ofercie kryje się mały haczyk, a mianowicie cena taka jest tylko dla członków klubu zniżkowego posiadających specjalna kartę płatniczą. Ale od czego są chętni do pomocy ludzie w internecie, którzy oferują się, że kupią takowy bilet dla mnie. Muszą jednak kupić też bilet dla siebie, więc niestety musimy dopłacić jeszcze te 8 zł za dodatkową osobę i tak koszt naszego wyjazdu wzrasta do niebagatelnych 12 zł za lot w obie strony.

Plan podróży był prosty: a)dojechać do Katowic, (b) polecieć do Oslo Sandefjord Torp,  (c) dostopować do oddalonego o 118km od centrum Oslo i je zwiedzić (d) wrócić, spać na lotnisku i odlecieć.

Bez większych problemów (np. Dejwem chcącym wnieść na pokład ze 2 scyzoryki i podręczny zestaw kluczy, bynajmniej nie do mieszkania) dotarliśmy do Norwegii i nadszedł czas na wyruszenie do stolycy. Wjazd na ekspresówkę w okolicach lotniska nie jest zbyta często uczęszczany ale po ok godzinie jedziemy w pożądanym kierunku i potem na jeszcze 2 innymi samochodami dojeżdżamy do Oslo.

Na pierwszy rzut oka nie wygląda ono na najpiękniejsze miasto na świecie, ale może dlatego że wysiedliśmy w jakiejś handlowo-biurowej części miasta. Później trafiliśmy do, a nawet na operę!


Stamtąd ruszyliśmy w kierunku centrum i zamku królewskiego. Samo centrum było całkiem ładne bardzo podobne do Göteborga (zwanego także Źietebori). Na trawniku przed zamkiem królewskim była chwilka na drzemkę w słońcu po wielkimi drzewami, które na pewno sam król zasadzić kazał. 

Spod zamku przez ogród i przez pełną pięknych kamienic dzielnicę Uranienborg dotarliśmy do parku Vigelanda. Jak mówi wikipedia: park jest dziełem norweskiego rzeźbiarza Gustava Vigelanda i jego pracowników. Składa się z 212 rzeźb z kamienia i brązu przedstawiających łącznie prawie 600 nagich postaci. Nie wiem czy to prawda ale rzeźb jest tam faktycznie od cholery i ciut ciut. W samym centrum stoi Monolitten (Monolit) – gigantyczna kamienna kolumna uformowana z sylwetek 121 ludzi. Ale co trzeba im tym rzeźbom oczywiście a nie Norwegom, a przynajmniej o Norwegach nic mi nie wiadomo) przyznać zawsze były skore do zabawy, można było z nimi zrobić kanapkę albo pojeździć wierzchem;)






Wychodząc z parku Vigelanda stwierdziliśmy, że nie chce się nam iść już do starego miasta zwłaszcza, że jesteśmy tak blisko wylotówki. Postanowiliśmy więc wrócić na lotnisko przez Sandefjord, które okazało się małym spokojnym nadmorskim miasteczkiem z wielką fontanną wielorybników. Z Sandefjord piechotą (bo się okazało że nie ma darmowego transportu na lotnisko) dotarliśmy do hali odlotów. 

Tutaj opowieść powinna brzmieć: położyliśmy się na ławeczkach na lotnisku, rano wstaliśmy i poszliśmy od razu na odprawę. Tak przynajmniej było w planach. W rzeczywistości jednak około godziny 1 w nocy przyszedł pewien pan i powiedział że lotnisko jest już zamknięte i mamy sobie iść. Nie byliśmy jedynymi którzy tam spali. Nie wiem co zrobiła reszta, my natomiast ruszyliśmy w pobliski (tuż za parkingiem) las, gdzie na dróżce pod jakimiś gałęziami rozłożyliśmy koc ratunkowy (ten srebrno-złoty), na niej położyliśmy plecaki i siebie na nich. przykryliśmy się jedynym śpiworem i zdrzemnęliśmy się chwilkę do 5 bo wtedy już lotnisko miało być otwarte. Gdyby nie zimno i wilgoć to nawet całkiem spoko by się tam spało. Wróciliśmy więc o 5 dospać się w cieple terminala gdzie o 7 się odprawiliśmy i polecieliśmy do Katowic.

Tak na koniec w 2 słowach Oslo to całkiem miła, spokojna (nie czuć wcale że)stolica, którą da się obejść na piechotę w weekend na spokojnie :) Tym bardziej polecam, że wciąż są tanie bilety :)


wtorek, 9 kwietnia 2013

plażing, smażing i czasami też zjeżdżazing;)


Uczesnicy: Julia, Magda, gosia, Antek
Miejsce: Risoul (Francja)
Termin: 22-31.03.2013
Cel: jak w tytule;)

Wiem, wiem, ileż można wspominać jeden wyjazd. Ale cóż, zdecydowałam się trochę upamiętnić sławetny wyjazd narciarski (+ parapetowy;) w alpy.


a zaczynając od początku:
1. siedzimy już sobie w autokarze, gdy nagle puff zepsuło się cośtam pod kołem i kolejne dwie godziny spędziliśmy w sklepie i na stacji.

2. narciarski dzień pierwszy - trafiła nam się niesamowita śnieżyca (no i gdzie te wymarzone widoczki:(), także w kopnym śniegu i trochę po omacku próbujemy się nie zgubić ale też trochę pojeździć.
(jak to określił gość co robił nam tę fotę - zdjęcie ze słonecznych wakacji;)

Za to następnego dnia już aura mocno się zmieniła;)


3. plan dnia - jeżdzenie do popołudnia (ojj bolą nogi), szybki obiadek, wycieczka na basen i jacuzzi, zumba, koncert wieczorny na którym rozdają darmowe burny.


4. warsztaty barmańskie - wnioski - im więcej lodu tym lepiej i wódka o smaku maliny z pieprzem (czy coś takiego) wcale nie jest fajna:P

5. oczywiscie nie nalezy zapomnieć o plażingu, czyli paradowanie w bikini na ponad 2tys;)


A ponieważ pamięć mam krótką to postanowiłam dodać  kilka słów z którymi uczestnikom kojarzy się ta wyprawa po powrocie:

Julia (Dżulson) - tak naprawdę Żulson - dopisek redakcji 

lama, Dżoana, le jacuzzi, Grubson, narty!

Magda (Lamson):
lama snieg smiech gory zumba dzoana

Antek (Antonio)
dzoana (ona bołt), słońce, widoki 

gosia (grubson)
śnieeeg:), plażing, nartki, zumba, lama;)



a więc zacznijmy wyjaśniać:
lama = powszechnie - ssak parzystokopytny z rodziny wielbłądowatych; lokalnie = charakterystyczne  ułożenie palców które nie wiadomo czemu wszystkich śmieszy, ale śmieszy;)
Dżona = koleżanka z autokaru, która jest "on a boat" i umilała nam drogę opowieściami o swoim mężczyźnie, który jak powszechnie wiadomo jest super bo ma więcej zalet niż wad
zumba, jacuzzi - powszechne formy spędzania czasu ponarciarskiego:D
Grubson = ulubiony DJ Magdy, który słynie z ważnych 3 piesni


The End z naciskiem na replay w przyszłym roku:)