Uczestnicy: Ela, Skrzynia, Dejw, gosia
Trasa: Warszawa/Zapceń-Bydogszcz-Bretonia
Termin:
Cel: zobaczyć takś górę co to ją Ela wypatrzyła na zdjęciu w internecie (co nie znaczy jeszcze,że istnieje;)
Słowo wstępu
Ponieważ zbyt długie siedzenie w domu wpływa destrukcyjnie na nas (a na pewno na mnie) i grozi "zasiedzeniem się" od czego już tylko jeden mały krok do "zdziedzienia" (dobrze to odmieniłam Karola?) dlatego wzięliśmy się i ruszyliśmy do Bretanii. Padło na Bretanię ponieważ przypadkiem natknęłam się w internecie na zdjęcie Mon Saint Michelle i stwierdziłam, że to jest właśnie to, co chcę zobaczyć w te wakacje! Trzeba było jeszcze wykonać kilka telefonów do członków klubu "Spełniamy marzenia Eli" i poinformować ich, że jest już nowe marzenie do spełnienia :) I tak to mniej więcej wyglądały początki naszej wyprawy...
Szanowne grono uczestników na zdjęciu poniżej:
Wszystkich zainteresowanych przebiegiem naszej wycieczki życzę miłego czytania i oglądania :)
Jak to było z zebraniem się do kupy...
Żeby ruszyć trzeba się najpierw zebrać do kupy (tak naprawdę to tylko ja byłam poza całą kupą), a żeby się zebrać trzeba ustalić miejsce... Jakoś tak wyszło, że padło na Bydgoszcz i na Adiego. Podczas gdy główna ekipa walczyła z warszawskimi korkami ja jechałam sobie powolutku moim czerwonym autkiem w stronę Bydgoszczy. Na miejsce dojechałam pierwsza, więc miałam czas na spokojne wypicie kawy i ogarnięcie wszystkich nowości (wiedzieliście, że Adi jest tatą ?!?)
Dojechali i Warszawiacy. Jeszcze jakaś kawa i pobieżne plotki i zeszliśmy dopakować moje bagaże. Jak można się domyślać byliśmy przeładowani... ale za to bardzo przytulnie zrobiło się w samochodzie :)
Około 23 wyruszyliśmy w drogę!
Dzień pierwszy - sobota
Jechaliśmy, jeechaaliiśmyy, jeeechaaaliiiśmyyy, jeeeechaaaaliiiiśmyyyy....
Tłukliśmy te kilometry jeden po drugim. Nasza trasa wyglądała mniej więcej tak:
Na koniec miał być nocleg nad Sekwaną i był! Bo ja naprawdę wierzę, że gdzieś tam w pobliżu, tuż za rogiem, była ta Sekwana i tylko z nas takie gapy, że nie mogliśmy jej znaleźć... Zresztą nie wiem jak reszta wycieczki, ale ja wyraźnie czułam tę sekwańską bryzę (a może to były kupy naszych krów-sąsiadek?) Nieważne... najważniejsze, że po długich poszukiwaniach znaleźliśmy kawałek płaskiego, nieogrodzonego terenu i mogliśmy iść spać. Zresztą sami zobaczcie, że wcale nie było aż tak źle:
my:
i nasi sąsiedzi:
Dzień drugi- niedziela
Podczas porannej debaty ustalono jednogłośnie, że czas najwyższy rozpocząć zwiedzanie!
Jak postanowiono, tak też zrobiono!
Śniadanie, pakowanie i dalej w drogę!
Najpierw pojechaliśmy do
Na mapie nasz dzień wygląda mniej więcej tak:
Trasa: Warszawa/Zapceń-Bydogszcz-Bretonia
Termin:
Cel: zobaczyć takś górę co to ją Ela wypatrzyła na zdjęciu w internecie (co nie znaczy jeszcze,że istnieje;)
Słowo wstępu
Ponieważ zbyt długie siedzenie w domu wpływa destrukcyjnie na nas (a na pewno na mnie) i grozi "zasiedzeniem się" od czego już tylko jeden mały krok do "zdziedzienia" (dobrze to odmieniłam Karola?) dlatego wzięliśmy się i ruszyliśmy do Bretanii. Padło na Bretanię ponieważ przypadkiem natknęłam się w internecie na zdjęcie Mon Saint Michelle i stwierdziłam, że to jest właśnie to, co chcę zobaczyć w te wakacje! Trzeba było jeszcze wykonać kilka telefonów do członków klubu "Spełniamy marzenia Eli" i poinformować ich, że jest już nowe marzenie do spełnienia :) I tak to mniej więcej wyglądały początki naszej wyprawy...
Szanowne grono uczestników na zdjęciu poniżej:
Wszystkich zainteresowanych przebiegiem naszej wycieczki życzę miłego czytania i oglądania :)
Jak to było z zebraniem się do kupy...
Żeby ruszyć trzeba się najpierw zebrać do kupy (tak naprawdę to tylko ja byłam poza całą kupą), a żeby się zebrać trzeba ustalić miejsce... Jakoś tak wyszło, że padło na Bydgoszcz i na Adiego. Podczas gdy główna ekipa walczyła z warszawskimi korkami ja jechałam sobie powolutku moim czerwonym autkiem w stronę Bydgoszczy. Na miejsce dojechałam pierwsza, więc miałam czas na spokojne wypicie kawy i ogarnięcie wszystkich nowości (wiedzieliście, że Adi jest tatą ?!?)
Dojechali i Warszawiacy. Jeszcze jakaś kawa i pobieżne plotki i zeszliśmy dopakować moje bagaże. Jak można się domyślać byliśmy przeładowani... ale za to bardzo przytulnie zrobiło się w samochodzie :)
Około 23 wyruszyliśmy w drogę!
Dzień pierwszy - sobota
Jechaliśmy, jeechaaliiśmyy, jeeechaaaliiiśmyyy, jeeeechaaaaliiiiśmyyyy....
Tłukliśmy te kilometry jeden po drugim. Nasza trasa wyglądała mniej więcej tak:
Na koniec miał być nocleg nad Sekwaną i był! Bo ja naprawdę wierzę, że gdzieś tam w pobliżu, tuż za rogiem, była ta Sekwana i tylko z nas takie gapy, że nie mogliśmy jej znaleźć... Zresztą nie wiem jak reszta wycieczki, ale ja wyraźnie czułam tę sekwańską bryzę (a może to były kupy naszych krów-sąsiadek?) Nieważne... najważniejsze, że po długich poszukiwaniach znaleźliśmy kawałek płaskiego, nieogrodzonego terenu i mogliśmy iść spać. Zresztą sami zobaczcie, że wcale nie było aż tak źle:
my:
i nasi sąsiedzi:
Dzień drugi- niedziela
Podczas porannej debaty ustalono jednogłośnie, że czas najwyższy rozpocząć zwiedzanie!
Jak postanowiono, tak też zrobiono!
Śniadanie, pakowanie i dalej w drogę!
Najpierw pojechaliśmy do
Na mapie nasz dzień wygląda mniej więcej tak:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz