Uczestnicy: Skrzynka, Ela, gosia
Trasa: Warszawa-Malmo-Kopenhaga
Termin: 15-17.03.2013
Cel: przeprowadzenie testów sprawnościowych przez przyszłą żoną oraz kupno herbaty jaśminowej earl grey
Kawa na lotniskach zawsze jest nieziemsko droga (nieziemsko, bo w tej cenie też można by już pewnie dostać ambrozję), ale czekanie na samolot mocno nuży. Zapewne dlatego z braku dostępu do innych boskich napojów, Ela zdecydowała się na ten wydatek. Nie będę ukrywać, że ku mojej i Skrzyni uciesze, bo już sam zapach choć trochę podnosił zmęczone powieki. A trzeba było się sprężyć, albowiem czekało na nas niełatwe zadanie - nim dobijemy do celu musi powstać scenariusz dzisiejszego wieczoru (uprzedzam pytanie - nie, nie można było tego wymyślić wcześniej;). Jednak na razie siedzimy w cieple i rozkoszujemy się Elowym trunkiem, wszak jeszcze czasu mamy, a czasu. I tak z tej zadumy wyrywa nas wezwanie ostatnich pasażerów na pokład naszego samolotu. Wiec dawaj rura przez lotnisko. Oczywiście nasze wejście jest na drugim końcu świata, wiec z wizją przegapienia lotu urządzamy sobie biegi kondycyjne. Udało się!
Lot miął nam szybko, bo pracowicie. Powstał profesjonalny plan działania oraz ew wersje zastępcze na tysiące nieprzewidzianych sytuacji (dzieło w hołdzie muzie kontrolowanej improwizacji). Ledwo sie spostrzegłyśmy a tu już pan kapitan wita nas na lotnisku w Szwecji. I tą miłą informacją lotnik przeraził biedną Elżbietę, bo nie wiedziała co się stało że miast w Danii nagle lądujemy w innym kraju.Udało się na szczęście szybko rozwiać jej strasznie wizje uprowadzenia samolotu czy ataku terrorystycznego. Wszystko się zgadzało, byłyśmy w Malmo, teraz tylko musimy przeskoczyć most (zwany także dumą duńskich inżynierów) i danio nadchodzimy! Na ciapąg przez most podwiózł nas serb co mowił całkiem nieźle po polsku bo miał szklarnie, gdzie ponoć pracują sami nasi rodacy. I już z pociągu mogłyśmy się rozkoszować urokiem obiecanych duńskich cieśnin oraz dywagować nad hipotetyczną genezą kopenhaskiej syrenki.
Skrzynia nasz główny organizator i nawigator sprawnie poprowadziła nas dalej.
To prawie tak jak z nasza Justysią, co sie zakochała w Jakubie, który został jej księciem. I stad całe to zamieszanie z jakimiś panieńskimi, no ale wszak tradycja nakazuje...
...ciąg dalszy nastąpi;)
no dobra troche o trwało bo dużo się dzialo w miedzyczasie (min. Skrzynka zdołała zapoznać się z dziełem Mała syrenka - prawdziwa historia bez happy endu;) oraz byla moja wycieczka narciarska i świeta)
wiec do rzeczy
- tysiące pałaców królewskich (na wszystkie pory roku i okazje;)
- port z pieknymi kamieniczkami (Skrzynia ta panoramka jest super!)
- okrągła wieża, targ ze skręconą wierzą, biblioteka a`la hogward
- kilka kościółków i muzeum narodowe gdzie mozna się ogrzać
- mała (naprawde małą!) syrenke nad wodą; sklepy lego i pomnik Andersena któremu Skrzynia próbowała usiąść na kolanach)
no tak i wieczorem jak juz udalo sie wrocic prubowałysmy ograc Kube w osadnikow z catanu (z marnym skutkiem, ale on na pewno cwiczy sobie wieczorami;)
Dzien 3 czyli dokanczamy zwiedzanie co jeszcze nie zostalo zwiedzone i zwiedzamy darmowe muzeum z wystawa domkow dla lalek i historia danii.
A potem spokojnie idziemy sobie na druga na przystanek zeby dojechac do lotniska (tego znow w innym kraju).spokojnie bo wszak samolot mamy dopiero o 16.30, zdażymy bez problemu. Hmmmm no tak 14.10 a tu nic nie jedzie - okazało się ze kurs tego autobusu zaczyna się dopiero za dwa tygodnie. No wiec znów długa wieczorek kondycyjny na pociąg przez most do malmo i stamtad na szybko lap autobus na lotniosko. troche na w biegu ale sie udało dopasc do samolotu:)
Dzieki wielkie Kubie i Justysi za przechowanie nas i opieke nad zabłąkanymi:D
a wspoluczestniczkom za kolejny cudowny wyjazd:D
Ale... dziewczyny.... jak mogłyście?!?!?
A gdzie relacja z naszej misji???
No chyba, że wydarzenia tamtego pamiętnego wieczoru są owiane tajemną tajemnicą, i że śmiałek, który odważy się uchylić chociaż rąbka tajemnicy zostanie ścięty w trybie natychmiastowym. Zaryzykuję jednak, może nikt nie zechce skracać mnie o głowę za to, że opisałam przebieg wieczoru panieńskiego Justysi :)
Więc to było tak: Po dotarciu do Justysi i do Kuby, po odsapnięciu, najedzeniu, napojeniu i przekazaniu najciekawszych plotek, przystąpiłyśmy do realizacji Wieczoru Panieńskiego Justysi. Podział obowiązków był następujący:
- Justysia - przyszła panna młoda, która dzielnie przystąpiła do "Testu na żonę"
- Kuba - jaki Kuba??? przecież na wieczorze panieńskim nie ma żadnych facetów...
- Marta - producent dowodów rzeczowych
- Gocha - pomysłodawca, wodzirej i realizator atrakcji owego wieczoru
- ja - oficjalnie: prawa ręka Gosi - w praktyce jednak zdecydowanie lepiej wychodziło mi demolowanie mieszkania
Zadania nie były ani trudne, ani zbyt wymyślne, ale z pewnością były praktyczne, a w dzisiejszych czasach to bardzo ważne aby w sposób konstruktywny spędzać swój wolny czas, zwłaszcza jeśli jest to czas natóżprzedślubem.
Dlatego pierwsze zadanie Justysi polegało na wykonaniu, z przedmiotów znajdujących się w mieszkaniu, trzech atrybutów panny młodej: welonu, bukietu ślubnego i podwiązki. Oczywiście czas był ograniczony, ale nie sprawiło to jej większego problemu bo po upływie wyznaczonego czasu stanęła przed nami Justysia w welonie, z bukietem w ręku i podwiązką na nodze :)
Drugie zadanie polegało na przewinięciu rozpłakanego i rozwrzeszczanego nieujarzmionego dzieciaka, oczywiście z zawiązanymi oczyma (o ruchliwość rekwizytu zadbała Gosia). To zadanie także okazało się słabe, bo i tym razem Justysia poradziła sobie bez większych problemów...
Ale jak doszło do opowiada bajek to okazało się, że to już nie jest taka prosta sprawa. Trzecim zadaniem Justyny było dokończenie bajki zaczynającej się następująco: "Dawno, dawno temu, gdzieś w damskiej torebce, natknął się młotek na pomadkę..." Niestety w tym wypadku Justysia nie puściła wodzy fantazji i bardzo szybciutko, maksymalnie w półtora zdania, zakończyła tą historię... No ale tak trochę po znajomości dostała 3 i tym samym zaliczyła zadnie.
Najgorsze jednak jeszcze ją czekało.... Czwarte zadanie wymagało od uczestników ubrania się i wyjścia na zewnątrz ponieważ do Justysi przyjechała z niezapowiedziana wizytą teściowa.... W lodówce pustki, więc chcąc niechcąc trzeba było wyjść po zakupy, a w okolicy już wszystkie sklepy pozamykane i tylko stacja benzynowa otwarta.... Jeżeli powyższy opis czwartego zadania jest trochę mało zrozumiany to wyjaśniam, że polegało ono na przygotowaniu kolacji dla nadciągającej teściowej wyłącznie z produktów dostępnych na stacji. Takie "naloty" mają chyba miejsce w codziennym życiu Duńczyków, bo stacja była zaopatrzona także na takie ewentualności i Justysia bez większych problemów przyrządziła teściowej wystawną kolację z produktów dostępnych wyłącznie na stacji benzynowe... Można? Można! :)
Na koniec zostawiłyśmy takie relaksacyjne zadnie. Polegało ono na tym, że Justyna dostała do ręki aparat i miała uwiecznić wszelkie duńskie miejsca, znaki, symbole, które kojarzą się jej miłością do Kuby, żeby po latach, oglądając z pozoru nic nieznaczące zdjęcia mogła sobie przypomnieć początki ich pięknej miłości :)
Po tym zadaniu komisja ogłosiła, że było to ostatnie zadanie jakie zostało przygotowane na ten wieczór i udała się na naradę. Werdykt nie był dla nikogo zaskoczeniem, bo Justysia została dopuszczona do zamążpójścia. W sumie to nie wiem po co te wszystkie zadania, bo dla mnie to od razu, bez żadnych testów było widać, że dziewczyna jak najbardziej jest przygotowana na bycie żoną, synową, szwagierką i kim tam jeszcze trzeba, ale przynajmniej było zabawnie :)

yeah Elżbieta zostałaś moim ulubionym Kronikarzem:D
OdpowiedzUsuń