Ekipa: Skrzynia,Ela Dejw,Justyna, gosia
Trasa: BukAreszt-tak sobie dookoła błądząco po północno-centralnej częsci kraju-trochę nad morzem-Bukareszt (od)lot
Termin: 29.06-12.07.2014
Cel: wbrew stereotypom
Zanim Elucha ogatnie się ze wspominkami to ja tak tylko na smaka zarzucę kilka zdjęć:)
Elucha się już ogarnęła i wyniki tego ogarnięcia powoli będą się pokazywały poniżej :)
Pierwsze
co przychodzi mi na myśl zastanawiając się od czego zacząć opisywanie naszej wycieczki
po Rumuni to niedźwiedź zjadający plecak Justyny i złodziej kradnący plecak
Gosi. Trochę kiepsko jak na początek dwutygodniowej stopowo – improwizowanej
podróży, i muszę się przyznać, że jak siedziałyśmy na posterunku policji to
zastanawiałam się co to będzie dalej i ile złodziei i niedźwiedzi jeszcze
spotkamy… Całe szczęście, że wszystko się dobrze skończyło i że teraz możemy
się z tego wszystkiego śmiać i chyba mimo wszystko miło wspominać :)
A jak mamy wspominać to
może po kolei:
Niedziela (i noc z
niedzieli na poniedziałek)
Już
sam początek był dla mnie bynajmniej nieco dziwny, bo jak na wspólną wycieczkę
lecieć dwoma różnymi samolotami? I dlaczego to mnie samą wysłali tym dodatkowym
samolotem? Czyżby nikt nie chciał siedzieć obok mnie? Dziewczyny coś mówiły, że
już miejsc nie było i że nie mogły się do mnie dodzwonić żeby to ustalić, ale
ja i tak do końca nie ogarniam tego pokrętnego tłumaczenia i jakby kogoś
zainteresował ten wątek na tyle że chciałby go rozwinąć to o dodatkowe
wyjaśnienia proszę zgłosić się do Małgorzaty albo Marty (podejrzewam że
wyjaśnienia Gosi mogą okazać się bardziej interesujące)
Późnym popołudniem doleciała do mnie ta druga część wycieczki i od razu wyruszyliśmy na poszukiwania wylotówki w kierunku Brasova bo chcieliśmy
dojechać do pustelni ……. Podział na grupy stopowe nie sprawił nam większego
problemu i w sumie to sam się dokonał.
Jak na okoliczności to całkiem szybko udało się nam złapać stopa. Nas
zabrało małżeństwo, które zawiozło nas prosto pod wyciąg do pustelni. Niby taki idealny, bezpośredni stop, ale podróż z
nimi była trochę dziwna. Głównym problemem było to, że nie mówili po angielsku. W gruncie rzeczy to dosyć częsta sytuacja i niby nic nadzwyczajnego, ale sposób w jaki usiłowali się z nami dogadać był bardzo oryginalny :) Najpierw zatrzymali się
przy pierwszej taksówce jaką zobaczyli żeby posłużyć się kierowcą jako
tłumaczem, a później zadzwonili jeszcze do swojego syna żeby kontynuował
tłumaczenie. Bardzo miło wspominam tych ludzi ponieważ widać było że chcieli nam pomóc najlepiej jak tylko to możliwe. Po
drodze mieliśmy jeszcze przystanek w Castoramie gdzie nasi dobroczyńcy poszli
na zakupy a my, korzystając z okazji, kupiłyśmy kartusz :) Na miejsce dotarłyśmy późno bo po
22 i noc postanowiłyśmy spędzić na skraju wioski i lasu zarazem, pod gołym
niebem, bez rozkładania namiotu, ot w takim rumuńskim tysiącgwiazdkowym hotelu.

