poniedziałek, 21 lipca 2014

Polowanie (na) Rumuńskiego niedźwiedzia:D


Ekipa: Skrzynia,Ela Dejw,Justyna, gosia
Trasa: BukAreszt-tak sobie dookoła błądząco po północno-centralnej częsci kraju-trochę nad morzem-Bukareszt (od)lot
Termin: 29.06-12.07.2014
Cel: wbrew stereotypom 

Zanim Elucha ogatnie się ze wspominkami to ja tak tylko na smaka zarzucę kilka zdjęć:)


Elucha się już ogarnęła i wyniki tego ogarnięcia powoli będą się pokazywały poniżej :)


Pierwsze co przychodzi mi na myśl zastanawiając się od czego zacząć opisywanie naszej wycieczki po Rumuni to niedźwiedź zjadający plecak Justyny i złodziej kradnący plecak Gosi. Trochę kiepsko jak na początek dwutygodniowej stopowo – improwizowanej podróży, i muszę się przyznać, że jak siedziałyśmy na posterunku policji to zastanawiałam się co to będzie dalej i ile złodziei i niedźwiedzi jeszcze spotkamy… Całe szczęście, że wszystko się dobrze skończyło i że teraz możemy się z tego wszystkiego śmiać i chyba mimo wszystko miło wspominać :)





A jak mamy wspominać to może po kolei:

Niedziela (i noc z niedzieli na poniedziałek)


Już sam początek był dla mnie bynajmniej nieco dziwny, bo jak na wspólną wycieczkę lecieć dwoma różnymi samolotami? I dlaczego to mnie samą wysłali tym dodatkowym samolotem? Czyżby nikt nie chciał siedzieć obok mnie? Dziewczyny coś mówiły, że już miejsc nie było i że nie mogły się do mnie dodzwonić żeby to ustalić, ale ja i tak do końca nie ogarniam tego pokrętnego tłumaczenia i jakby kogoś zainteresował ten wątek na tyle że chciałby go rozwinąć to o dodatkowe wyjaśnienia proszę zgłosić się do Małgorzaty albo Marty (podejrzewam że wyjaśnienia Gosi mogą okazać się bardziej interesujące) 

Późnym popołudniem doleciała do mnie ta druga część wycieczki i od razu wyruszyliśmy na poszukiwania wylotówki w kierunku Brasova bo chcieliśmy dojechać do pustelni ……. Podział na grupy stopowe nie sprawił nam większego problemu i w sumie to sam się dokonał.  Jak na okoliczności to całkiem szybko udało się nam złapać stopa. Nas zabrało małżeństwo, które zawiozło nas prosto pod wyciąg do pustelni. Niby taki idealny, bezpośredni stop, ale podróż z nimi była trochę dziwna. Głównym problemem było to, że nie mówili po angielsku. W gruncie rzeczy to dosyć częsta sytuacja i niby nic nadzwyczajnego, ale sposób w jaki usiłowali się z nami dogadać był bardzo oryginalny :) Najpierw zatrzymali się przy pierwszej taksówce jaką zobaczyli żeby posłużyć się kierowcą jako tłumaczem, a później zadzwonili jeszcze do swojego syna żeby kontynuował tłumaczenie. Bardzo miło wspominam tych ludzi ponieważ widać było że chcieli nam pomóc najlepiej jak tylko to możliwe. Po drodze mieliśmy jeszcze przystanek w Castoramie gdzie nasi dobroczyńcy poszli na zakupy a my, korzystając z okazji, kupiłyśmy kartusz :) Na miejsce dotarłyśmy późno bo po 22 i noc postanowiłyśmy spędzić na skraju wioski i lasu zarazem, pod gołym niebem, bez rozkładania namiotu, ot w takim rumuńskim tysiącgwiazdkowym hotelu.